sobota, 9 lutego 2013

Tytułem wstępu

Właściwie nie wiem po co się za to zabieram. Zawsze lubiłem pisać, zawsze lubiłem ćwiczyć pióro... zawsze muzyka i podróże wiele dla mnie znaczyły... zawsze lubiłem dzielić się swoimi przemyśleniami, pasjami czy uczuciami- ale też zawsze męczyły mnie typowo internetowe sposoby walki o to czyja prawda jest najmojsza... Dialogów próbowałem, ale chyba jednak lepiej czuje się w monologu. Tak po prostu. Zawsze tak było. Właśnie wróciłem z Dubaju, który wielu by absolutnie zachwycił. I dla mnie oczywiście były momenty magiczne (w sumie wiele), ale niemniej absolutnym "hajlajtem" był pobyt na... pustyni... Gdzieś na wydmach, poszedłem kawałek dalej na pół godziny oddać się zupełnie pasji fotografowania której w mieście wielkich budynków specjalnie nie odczuwałem i... nagle byłem sobą. Byłem sam. Nie, że chciałem być zupełnie sam, bardzo żałowałem np. że nie było tam ze mną żony. Może znalazłbym jeszcze kilka osób, które również by mi tam pasowały- nie wiem czy potrzebowałbym drugiej ręki żeby je policzyć na palcach... ale byłem tam sam i... nie było mi źle. Nie musiałem z nikim walczyć, zresztą nigdy w konfrontacjach nie wiem o co niby mam walczyć i po co. Nie urośnie mi, choćbym się nie wiem jak starał- czemu inni tego nie potrafią zrozumieć? W konfrontacjach zaczynam się nagle tłumaczyć i usprawiedliwiać, z jednej strony asertywnie stojąc na swoim a z drugiej zastanawiając się po co to wszystko.

Z ludźmi generalnie mam jeden problem- zawsze ktoś czegoś chce. Zawsze ktoś ma jakieś wyobrażenie i ja je muszę spełnić. Zawsze ktoś wie lepiej ode mnie samego. A ja... nie mam czasu. Ile mamy tu lat? 50? 60? 100 jak dobrze pójdzie? Wbrew pozorom- zajebiście mało. Więc? Więc ni chuchu nie będę go tracił na zadowalanie innych, zwłaszcza jeśli intencje niekoniecznie są przejrzyste. Jestem, tu i teraz. Taki a nie inny. Dla osób akcpetujących taki stan rzeczy w dokładnie takiej postaci będę dozgonnie lojalny. Inni... niech pozostaną za wydmami.

Tu będę sam. Monologował. Ciekawie? Pewnie nie. Będzie dużo o muzyce. Głównie o muzyce. Ale nie tylko. Będzie o mnie- ale bez jakiegoś wielkiego ekshibicjonizmu. Pomysł mam taki, że każdego dnia zapodam jakis utwór (ciary) który będzie może punktem wyjścia do czegoś więcej (gniew ;) ). Może, choć niekoniecznie. Kropka? Bo to co tu napisane jest święte i nie podlega dyskusji :P A tak bardziej serio... ja tam do dyskusji jestem zawsze skory, ale stałem się bardzo, bardzo wybiórczy jeśli chodzi o kulturę tejże. Internet pod tym względem to już zupełne bagno. Znowu, ten sam temat... Im więcej ludzi, im większa grupa- tym bardziej obco się w niej czuję. Nie, tego nikt nie zobaczy, wielu nawet ma mnie często za wodzireja, ale... ja tak naprawdę cenię tylko te bardziej intymne spotkania. Bardziej wyciszone. Szczere. Prawdziwe. Znowu, jak na pustyni albo w moich ukochanych górach. Cisza, spokój i równowaga, dzięki którym nagle na osobie stojącej naprzeciwko mogę, chcę i potrafię się skupić i coś jej od siebie dać. I te osoby wybieram niezwykle ostrożnie. Kryterium jak już mówiłem jest jedno- akceptujesz to co masz naprzeciwko albo spadasz na drzewo. Innej drogi nie ma. Na iną drogę już nie ma czasu. Mam 33 lata. Niby nie dużo ale szybko zleciało. A podobno cholerstwo przyspiesza. Energii mam tyle ile mam. Sił mam tyle ile mam. Nie wystarczy ich na spełnienie siebie i wszelkich zachcianek dookoła. Wybieram więc... siebie. Czy to znaczy, że jestem narcyzem? Nie wiem i guzik mnie to w sumie obchodzi. Na zastanawianie się nad takimi pierdołami też straciłem dużo czasu. Na wątpliwości, kompleksy. Na wszelkie depresje. Na rzeczy które ktoś kiedyś wmówił, bo nie miał nic lepszego do roboty. Te wszystkie cegły w murze. Oglądałem je jak głupi, starając się zrozumiec po co i dlaczego i jak jest naprawdę, czy to ktoś przesadził czy ja? A gdzie życie? Za tydzień dowiem się czy będę miał syna czy córkę. Jeśli zadbam o siebie- będę potrafił i zadbać o to maleństwo. Nawet jak teraz o nim piszę, szklą mi się oczy. Dam mu wszystko, zrobię dla niego wszystko, ile tylko będę potrafił. Tak samo jak dla żony. Tak samo jak dla tych kilku innych osób, które docenią zjawisko pod tytułem "Fenderek". Reszta, naprawdę szczerze, moze iść się walić. ;) 33 lata... najwyższy czas złapać życie za jajca i ścisnąć tak mocno, że z kwikiem odda wszystko co ma w ofercie. Na igrzyska nie mam już ochoty. Tu igrzysk nie będzie. Tu będą tylko ciary, gniew i KROPKA.

2 komentarze:

MikeBoatCity pisze...

Chcesz łapać życie i zakładasz bloga... Ta... Powodzenia w życiu :P.

Derek Fen pisze...

Dla mnie pisanie jest ważne, zawsze było. To jest część mojego życia. Ergo... ;)

Mogę pisać ile chcę, co chcę, kiedy chcę. Ostatnio zawodowo mam wiele wyjazdów. Być w Dubaju jest super, ale lot trwa 7 godzin. Jałowy czas. W sam raz na pomysły, teksty itd. A ile się go spędza na lotnisku? Droga z pracy do domu. Wieczór kiedy już wszyscy zasnęli tylko ja nocny Marek jeszcze nie... I wtedy muzyka w słuchawkach i pusta kartka. To też życie. Równie dobrze mógłbym w tym czasie oglądac gołe dupy na Redtubie ale wolę to. Na razie. Jak mi się znudzi to rzucę jak wszystko inne. To nie blog kontroluje mnie, tylko ja bloga ;)

A powodzenie się zawsze przyda, dziękuję, zawsze może być lepiej ;)

Tyle osób nie miało nic lepszego do roboty