sobota, 9 lutego 2013

King Crimson- Starless


No to zacznijmy od największych ciar jakie znam... King Crimson, bogowie rocka progresywnego. Starless, utwór który najpierw zabiera Cię słuchaczu w krainę melancholii, smutku i zamyślenia żeby potem nagle wszystko wywrócić do góry nogami i jazzującą imrowizacją wprowadzić niepokój, strach niemal; wwiercający się w mózg ale też i hipnotyzujący motyw gitary, przeplatający się z pochodem basowym narasta i narasta i kiedy wydaje się że osiągnął szczyt on idzie dalej i dalej i dalej... wszystko staje się coraz gęstsze; każdy jeden instrument oddaje każdą jedną nutą coraz więcej bólu i krzyku- aż po nagły wybuch zgiełku, szumu, hałasu, w którym możemy się zgubić, zapomnieć o wczesniejszych sonicznych doznaniach, niemal odpocząć... a przecież bynajmniej nie odpręża... i nagle z tego zgiełku raz i drugi powraca przepiękny motyw z początku... zamyka się klamra, nagle wszystko staje się jedną zwartą całością. Opowieścią. I ten lejący się na koniec melotron unisono z saksofonem- to już nie jest oddanie jednego czy dwóch uczuć, ale w tych kilku nutach zawarta jest nieprawdopodobnie wybuchowa mieszanka czegoś, co sami czujemy tak często i tak niejednoznacznie... tak wspaniale przez muzykę uchwycona cała gama czasem wydawałoby się wykluczających się a jednak idących unisono doznań...

Nagrać coś smutnego? Łatwizna. Chwyty molowe załatwią sprawę. Dodajmy jakiś banalny tekst o nieszczęśliwej miłości czy martwym psie i całkiem cynicznie mamy jednoznacznie smutną piosenkę. Banał. Wesołą? Prosze bardzo. Też się łatwo da. Podniosłą? Porywającą? To wszystko jest łatwe, na wszystko są sposoby. Oczywiście jest róznica między dobrą smutną piosenką a słabszą, ale często to wykonanie decyduje o odbiorze. Ale to wszystko jest technicznie w sumie nietrudne do osiągnięcia dla autora. Oddać cała gamę uczuć, które ciężko jest uchwycić i nazwać, ale które okazuje się trafiają gdzieś w środku i trzymają gdzieś za gardło, szklą oczy i stawiają włosy na ramieniu na sztorc- tego się cynicznie zrobić nie da. Muzyka dziś (i nie oszukujmy się, od wielu, wielu lat) to biznes. Głównie biznes. Żeby coś spodobało się jak najszerszej rzeszy widzów potrzeba jest spłycić przekaz. Równanie nigdy nie odbywa się w górę. Zawsze w dół. Nagle o wartości artystycznej utworu decyduje Excel i jakaś jedna w nim konkretna rubryka. Ilu słuchaczy, ile za reklamy, ile razy zagrane w jakiejś debilnej radiostacji która gra dosłownie trzydzieści utworów w kółko tych samych. To się liczy. Kasa. Excel. Cekiny, światła tandetnego programu w TV, debilna konferansjerka w radio o dupie Maryny kolejnej sztucznej gwiazdy mediów. Gdzie się powoli podziewają ci wszyscy naprawdę wielcy ludzie radia jak Kaczkowski, Tommy Vance czy John Peel? To wszystko powoli odchodzi a czasy w których Bohemian Rhapsody przecieka do radia bo dziennikarz był aż takim pasjonatem i aż tak zakochał się w czymś dziwnym jakby nie patrzeć zostały zastąpione przez czasy w których Gotye jest miliard tygodni na pierwszym w Trójce. I nie, nie mam nic do Gotye- to jest nawet zgrabny kawałek, tylko... Gubimy coś. Nie lubimy się już zatrzymywać. Nie lubimy przeżywać głebiej niż trzeba. Wolimy w mediach otrzymać walium na a nie opis rzeczywistości. No ale przecież rzeczywistość mamy dookoła, w niej żyjemy, nieprawdaż? No nie. Właśnie nie. Robimy wszystko żeby od niej uciec. Nie bierzemy jej taką jaką jest. W telewizji już nie tylko w serialach komediowych nam się mówi kiedy mamy się śmiać (w razie jakbysmy przegapili)- teraz w programach typu Idol czy inne Reality (CO KURWA?) TV przez odpowiednie światła, muzykę i kadry mówi nam się dokłądnie co mamy czuć. Jeszcze chwila i będą napisy pod spodem, "teraz smutek". Chociaż w sumie nie wiem która opcja jest bardziej obraźliwa... a przynajmniej powinna być- jak widać jednak chętnych nie brakuje. Zamknijmy dziesięć osób w jednym domu i patrzmy jak sobie robią kawę, jak się za plecami obgadują i jak idą zrobić kupę. Absolutny hajlajt w nocy- jak śpią. No kurwa, kto siedzi przed telewizorem i ogląda jak 10 osób śpi a dwie siedzą na kanapie i nie wiedzą o czym gadać więc w ciszy obgryzają paznokcie?

Uczucia to fajna rzecz. To jest przecież nasz drogowskaz. Szukamy w religiach oparcia, w tym ze ktoś nam coś obiecał, ktoś kogo nigdy nie widzieliśmy ale powiedziano nam że jest... jesteśmy bardziej skłonni uwierzyć ślepo w to, niż wejść głebiej w to co sami na bieżąco czujemy. Aż tak się boimy. Czego? Siebie? Pustki? Tam nie ma pustki. Tam jest istny wulkan. Boimy się bodźców. Podziwiamy dzieci za to, że tak wszystko chłoną, że są tak niewinne- i sami decydujemy się zrezygnować z tego co one mają. Bo one po prostu odbierają bodźce i uczucia. Nie oceniają ich, są ich ciekawe. My, dorośli nagle próbujemy z nimi walczyć. A to tak samo bezskuteczne jak próba zatrzymania chmur na niebie. One płyną. Teraz są takie, za pięć minut niebo będzie wyglądało zupełnie inaczej niż teraz... nie mówiąc o kolejnym dniu. Ale nam to nie pasuje, my musimy zdefiniować, my musimy stworzyć obraz i potem się go uporczywie trzymać. To jest nie w moim stylu, ja tak nie potrafię, ja bym nigdy czegoś takiego... i tak dalej, i tak dalej. A one są. Uczucia, różne. Pozytywne, negatywne. Są. I będą. I naprawdę nie warto od nich uciekać, bo się ucieka od... siebie. Przeżyć całe swoje życie, ile by tam nie było lat i nie poznać samego siebie... czy jest większa tragedia?

3 komentarze:

Łukasz pisze...

Starless - fenomenalny utwór . Jak słyszę nazwę King Crimson to na myśl nie przychodzi mi Epitaph czy dajmy na to 21st Century Schizoid Man a właśnie Starless ( no może jeszcze Islands - równie dobre )
Na razie z trzech utworów dwa razy trafiłeś w mój gust . Czekam co przyniosą kolejne dni :)
Ps.
Tak w ogóle to świetne wpisy . Naprawdę dobrze czasem jest poczytać coś co samemu by się napisało . Nie obraź się, ale twoje wpisy kojarzą mi się trochę z tekstami właśnie Beksińskiego, o którym wspomniałeś . Broń Boże to nie zarzut :) Może nawet komplement ... .Pozdrawiam

Tomasz Wiszniewski pisze...

Dzięki. Strzeliłeś mi komplement, który nie mógłby być większy... nie pamiętam dokłądnie "Opowieści z krypty", wiem że nie były doskonałe, ale też pamiętam ze od nich zaczynałem lekturę Tylko Rocka... i pamiętam jak wielkie wrażenie zrobił na mnie sposób pisania (czy tam mówienia w radio) o muzyce... inny. Prawdziwy, szczery. Niemal... dziwaczny. Tomek był nieprawdopodobnym pasjonatem. Mam tylko nadzieję, ze moja historia będzie miała dużo lepszy koniec ;) Ale... właśnie sobie coś uzmysłowiłem. Pierwszy taniec na moim weselu to było... Lavender... serio!

Myślę, że jeszcze nie raz trafię w Twój gust ;) Ba, samo Islands na pewno będzie :) Bedzie dużo proga, choć będą też inne rzeczy- od Nicka Cave'a, przez Dead Can Dance aż po Metallikę pewnie. Ale takie rzeczy jak Genesis, Crimson, Marillion, Zeppelin, Porcupine Tree czy Floydzi... tego będzie dużo. Bardzo dużo. :)

Anonimowy pisze...

"Dotykasz" King Crimson w taki obrazowy sposób..., że trudno oprzeć się chęci sięgnięcia do najdalszych regałów i przeżycia tego na nowo. Choć największe "ciary" dla mnie to Letters z Islands, bo... to moje pierwsze KC i... kłamstwo które tak prawdziwie, słodyczą dźwięków przesączało się w zmysły, aby świat rozpadł się w zgiełku, poza kontrolą i ... w tym bezwładzie pociągnął każdego w głuchą odchłań, z jękiem, tak bardzo pozbawionym już znaczenia... ale z obietnicą ukojenia- ciszą poza czasem i przestrzenią.
Ale do rzeczy: bardzo interesują mnie kolejne odsłony Twoich subiektywnych typowań CK. Gdybyś jeszcze zahaczył o Larks'y 40th anniversary ( w których obecnie jestem zakochana), to byłaby to wielce ciekawa lektura :) Z góry dziękuję!

Tyle osób nie miało nic lepszego do roboty