sobota, 4 kwietnia 2026

The Pineapple Thief- White Mist


 This makes no sense to me...
When did you lose control?

Przez ponad dekadę myślałem, że mam depresję. Wszystkie znaki na to wskazywały.
Byłem na antydepresantach — bez diagnozy. Poszedłem do lekarza, powiedziałem, że potrzebuję i je dostałem.
Zadziałały. Ale trochę inaczej. Dały mi perspektywę. Dystans.

I raz po raz przychodziły dni, w których nie mogłem nic.
Nie mogłem się ogarnąć, nie mogłem myśleć jasno, nie byłem w stanie planować, nie chciałem nikogo widzieć.
Depresja jak nic.

Tylko że coś się nie zgadzało.
Przecież… mi zależało.

Dopiero niedawno zrozumiałem, że to były dni rozregulowania.
Kiedy dopaminy prawie nie ma — wszystko się sypie.

Umysł jest jak ser szwajcarski. Nic nie pamięta, nic nie łączy. Prosta rzecz staje się Everestem.

Ktoś proponuje spotkanie — panika. Ktoś pisze — panika. Ktoś coś mówi — panika.

Depresja wygląda bardzo podobnie. Z zewnątrz. Mechanizm jest zupełnie inny.

To nie smutek powoduje wycofanie. To nadmiar wszystkiego.

W dobre dni ten chaos da się ujarzmić. Potrafi być nawet czymś w rodzaju supermocy. W złe — wszystko się sypie.

Houston, mamy problem.


This makes no sense to me...
When did you lose control?

Przez lata słyszałem, że mi nie zależy. Od obcych. Od bliskich. Raniłem. Zawodziłem.

To były momenty, które rozrywały mnie od środka, dodatkowo podbite przez RSD.
Oskarżano mnie o brak szczerości, o udawanie. A ja nie udawałem. Zależało mi — tylko nie potrafiłem się ruszyć ani powiedzieć słowa.

Paraliż.

Mózg próbował znaleźć idealną reakcję, której nie było. Efekt: niebieski ekran śmierci.


And you were never in control
Never in control of this

Takie doświadczenia nauczyły mnie jednego: że nie mam wpływu na nic.

Od zawsze czułem się inny. Tylko nigdy nie wiedziałem — jak.

Nie romantyk. Nie geniusz. Za bardzo świadomy, żeby wierzyć w którąkolwiek z tych wersji. Outsider — bez powodu. Buntownik — ale nie dla samego buntu. Na każdy argument miałem kontrargument.

Więc snułem się przez życie, czując, że nie pasuję. Że świat działa na innych falach.

A kiedy byłem oskarżany i nie potrafiłem zareagować — tylko utwierdzało mnie to w jednym: że wszystko jest z góry ustalone, że mam swoją rolę, że w sumie nieważne, co czuję.

Zacząłem oglądać swoje życie zamiast je przeżywać...




Dziś, kiedy mam w końcu słowa, pojawiło się coś jeszcze.

Żałoba.

Po straconych szansach. Po zmarnowanym czasie. Po tym, ile mogło się wydarzyć.

Zamiast tego walczyłem, żeby się utrzymać na powierzchni. Nie zatonąć. I za każdym razem, kiedy mózg mnie paraliżował — byłem na siebie wściekły. Nie wiedząc nawet dokładnie za co.

Zawsze inny. Zawsze obcy.

Dziś szukam regulacji, gdzie tylko mogę. Muzyka stała się centralna.

Mam playlisty na hyperfocus, na jazdę, na skupienie — i na regulację. Na dni, kiedy wszystko jest trudne. Słuchawki stały się ratunkiem.

Nagle zakupy są OK. Spacer z psem jest OK. Nawet biuro da się wytrzymać.

Zaczynam się trochę lepiej czuć. Mogę podjąć decyzję. Mogę coś zapamiętać. Każdy mały zastrzyk dopaminy ułatwia kolejny krok.

Ta muzyka jest specyficzna. Introspektywna. Pulsująca. Nocna. Bo to noc zawsze była momentem, kiedy nikt niczego ode mnie nie chciał.

Więc próbuję ten stan przenieść w dzień. Odciąć się — nie dlatego, że mi nie zależy. Tylko żeby móc funkcjonować.

Żeby odbyć spotkanie o pożyczkę jak normalny człowiek.
Żeby porozmawiać z dystrybutorem jak ktoś, kto wie co robi.
Żeby zrobić zakupy. Załatwić rzeczy. Żyć.


 This makes no sense to me...
When did you lose control?

Czy mam kontrolę — nie wiem. Zaczynam rozumieć.

Przestałem studiować świat.
Zacząłem studiować siebie.

Dla większości ludzi te rzeczy się pokrywają.
U mnie — niekoniecznie.

A dla mnie zrozumienie zawsze oznaczało kontrolę. Jeśli wiem dlaczego i jak — mogę coś z tym zrobić.

I czasem okazuje się, że wystarczy założyć słuchawki, żeby coś, co było prawie nie do przejścia —
stało się możliwe. Nudne, upierdliwe... ale możliwe. 





niedziela, 29 marca 2026

Airbag- Homesick


Mój umysł działa… dziwnie.
Dopiero dziś widzę, jak bardzo.

I o ile przyniósł mi dekady wątpliwości, wstydu i momentów, które nazwałbym depresją… to jest po prostu mój. Bez niego nie byłbym sobą. Nie kochałbym tego, co kocham. Nie doświadczyłbym tego, czego doświadczyłem. Moje życie mogłoby być łatwiejsze — ale wtedy chyba nie byłoby moje.

Mój umysł czasami pędzi z niewiarygodną prędkością.
Zdarza mi się próbować powiedzieć to, co właśnie myślę — i nie nadążać.

Podczas gdy większość ludzi ma jeden, dwa wątki w głowie — ja mam ich siedem, osiem.
A jeden z nich jest meta-wątkiem, który spina resztę. Nadaje kierunek. Sens.

Rzuć mi temat — zobaczę plusy, minusy, sprzeczności.
Pojawią się skojarzenia z muzyką, przyrodą, geografią czy XV-wieczną poezją z Bułgarii.
Te wszystkie gałęzie mają sens — dla mnie.
Problem w tym, że nie jestem w stanie wyrzucić ich z siebie w tym tempie.

To jest też powód, dla którego przez 45 lat nie wiedziałem, co się dzieje.

W dzieciństwie nikt nie zadawał pytań. Byłem dobrym uczniem. Łapałem wszystko, sypałem faktami.
Że byłem głośny? Że się wierciłem? Niezdyscyplinowany.
Nikt nie zastanawiał się, co to znaczy.

Moja inteligencja nauczyła mnie znajdować sens w chaosie.
W tej chmurze myśli, faktów i bodźców nauczyłem się łączyć rzeczy.
Poznawałem świat, nadając mu sens.

Później było podobnie.
„Bystry, ale leniwy”. Bo przecież mogłem.
A skoro nie robiłem — to znaczyło, że mi się nie chce. Nie miałem języka, żeby zaprzeczyć. Głosy innych stały się moimi.

A jednocześnie — kiedy coś mnie wciągało — potrafiłem wejść w temat głębiej niż większość.
W pracy było tak samo. Nudne było niemożliwe. Ciekawe — pochłaniało wszystko.

Eksport okazał się naturalnym środowiskiem.
Szczątkowe dane. Różne kraje. Różne wątki. Chaos.
A ty masz z tego zrobić jedną spójną całość.

Ale napisz raport? Nagle zajmuje dni. Kosztuje ogromną ilość energii.

Większość ludzi myśli liniowo.
Ja nie potrafię. Mam otwarte dziesięć tabów jednocześnie.

Jedne skupione na szczegółach. Inne na problemach. Inne na całości.

Kiedy jest dopamina — wszystko działa.
Funkcje wykonawcze się spinają.
Jestem skupiony. Wykorzystuję wszystko naraz.
Czuję, że działam na wszystkich cylindrach.

Kiedy dopaminy nie ma — zaczyna się chaos.

Te same taby zaczynają żyć własnym życiem.
Każdy bodziec wchodzi do środka.
Dźwięk. Ruch. Rozmowa. Radio, które próbuje mieć sens, którego nie ma.

Wszystko przeszkadza. Wszystko rozstraja.

Jest szara chmura.
Mózg zwalnia.
Nic się nie chce — nawet jeśli trzeba.

Najbliżej temu do poranka bez kawy.
Tylko że to może być środek dnia.

Ktoś coś mówi — po pięciu sekundach zapominam.
Ktoś daje prostą instrukcję — widzę wszystko naraz i nagle to Everest.

Organizm krzyczy: schowaj się. Uciekaj. Zrób coś prostego.
Jakakolwiek dodatkowa rzecz staje się problemem, bo system jest na granicy.

Przez lata szukałem odpowiedzi w różnych miejscach.
Słodycze — szybka dopamina. Dziś mam cukrzycę.
Alkohol. Gry.

Czasem trafiałem lepiej. Długie, gorące kąpiele. Góry.

Dziś widzę, że to było wyciszanie bodźców. Upraszczanie świata do oddechu, kroku, kamienia.

Ale najlepsze lekarstwo zawsze było przy mnie. Zawsze. Tylko nie wiedziałem, jaką ma moc.


To była… muzyka.

Od zawsze ją kochałem. Mój gust się zmieniał, ale zawsze szukałem "momentów". I dopiero niedawno zrozumiałem, co się wtedy dzieje. Mój umysł nie tylko widzi dużo naraz. On też dużo naraz czuje.

Drgnięcie struny Gilmoura to nie jest dla mnie dźwięk. To jest impuls, który przechodzi przez całe ciało. Na koncertach płakałem. Nie ze wzruszenia. Z przeciążenia emocji.

I wtedy dzieje się coś niezwykłego. Wszystkie taby znikają. Zostaje jeden. Muzyka. Tu i teraz. 

Nie da się jej zignorować. Nie da się jej podzielić na części. Na chwilę wszystko się zeruje.

To jest regulacja. Reset. To jest moment, w którym nie muszę ogarniać świata. Mogę go po prostu czuć.

Z czasem zacząłem to rozumieć. Eksperymentować. Dobierać muzykę do stanów.
Skupienie. Stabilizacja. Regulacja.

Dziś chodzę w słuchawkach do biura. Zakładam je wieczorem. Sięgam po nie, kiedy wszystkiego jest za dużo.

Mam playlisty, które porządkują myśli. Dają strukturę. Puls. Rytm. Świat zwalnia. Szum znika. A potem ktoś wchodzi z solo, które zamyka wszystko jednym ruchem — i mózg się resetuje.

Ten sam moment daje mi fotografia.

Widzę szczegóły i całość jednocześnie. Widzę strukturę.

W momencie naciśnięcia spustu czas się zatrzymuje. Myśli milkną. Potem edycja i mamy to. 

Moment.
Światło.
Kształt.
Uczucie.

Zamknięte.

Dla umysłu, który nigdy nie ma wystarczająco dopaminy, to jest zamknięcie jednego okna. Zrobione.

Nigdy nie potrafiłem się wyłączyć. Nigdy nie potrafiłem naprawdę odpocząć. Muzyka była jedynym momentem, kiedy to się działo.

Regulacja. Wsparcie. Reset.

Nie dodatkiem. Warunkiem działania.

Bez niej to wszystko by się po prostu rozsypało. 

wtorek, 20 stycznia 2026

Metallica- Wherever I May Roam


“Nomad, vagabond
Call me what you will"

Nigdy nigdzie nie przynależałem.
Mieszkałem w dwóch różnych krajach, czterech różnych miastach. Jasne — czuję z nimi wiele więzi. Ale czy do któregoś naprawdę należę?

Studiowałem systemy komputerowe i arteterapię. Pracuję w handlu międzynarodowym. Zaczytuję się w książkach Briana Greene’a.
Żadna partia polityczna nigdy mnie nie reprezentowała.
Nie jestem religijny. Są filozofie, które przekonują mnie bardziej niż inne — ale żadna nie jest niczym innym niż filozofią.
Nie uznaję hierarchii. Inaczej: uznaję ją, jeśli mnie przekona. Kompetencją. Inteligencją. Wtedy nie ma problemu.

“Oh, but I’ll take my time anywhere
Free to speak my mind anywhere
And I’ll redefine anywhere”

Przez całe życie myślałem, że wszyscy dookoła dostali instrukcję obsługi, a ja jeden… nie wiem — ktoś wylał na nią kawę albo była w innym języku. Co najdziwniejsze, długo sądziłem, że wszyscy tak mają. Nie że czasem czują się zagubieni — tylko ciągle.

Większość z nas w dzieciństwie nie dostaje Poradnika „Jak żyć”. Dostaje coś innego: umiejętność obserwacji i — poprzez mirroring — uczy się, jak ogarniać rzeczywistość. Jak żyć. Co znaczą informacje zwrotne. Jak być częścią grupy. Jak przynależeć.
I większość ludzi nigdy nie ma poczucia, że coś zgubiono po drodze. Pewne rzeczy przychodzą naturalnie. Jasne — są nieśmiali i głośni, spokojni i przebojowi — ale jedno ich łączy: wiedzą, z czym to się je. Rozumieją świat, który ich otacza.

Wyobraźcie sobie, że nie jesteście w stanie się tego nauczyć.
Wasz umysł widzi wszystko wyraźnie — ale robi rzeczy… inaczej. Ma momenty zawieszenia. Momentami jest kompletnie przeładowany bodźcami i emocjami. Bywa, że bardzo chce coś zrobić — i nie może. I nie potrafi tego wytłumaczyć. Coraz wyraźniej widzi, że odstaje. Że inni mają jakąś tajemną wiedzę o tym, jak być w grupie, jak funkcjonować w szkole — a wasz umysł działa na innych falach.
Zbyt głośny, gdy inni są cicho.
Pobudzony, gdy wszyscy mają dość.
Zawsze nie tak.

“I adapt to the unknown
Under wandering stars I’ve grown
By myself but not alone”

Więc budujesz system, który nie jest naturalny, ale ma cię świadomie trzymać w ryzach. Żeby odstawać mniej. Taki system kosztuje niewyobrażalną ilość energii. Jakbyś próbował uruchomić laptopa z dwoma Windowsami naraz. Totalna zawieszka.

Tego, czego nikt ci nigdy nie mówi, to jak podążać za fascynacją. Jak rozpoznawać wewnętrzne sygnały płynące z głębi siebie. Ba — uczysz się wręcz im nie ufać. Po to jest ten drugi system: żeby łapać „wyskoki”. W efekcie niemożliwe staje się poczucie, że coś jest naprawdę twoje. Skoro całe życie robisz wszystko, żeby siebie uciszyć — to jak niby masz siebie odnaleźć?

Nigdy niczego nie planowałem. Rzeczy po prostu się działy. Jedynym sygnałem było poczucie, że coś męczy mnie bardziej, niż powinno. Ogromną część życia spędziłem, tłumiąc ten głos. Brnąc w sytuacje, które nie były dla mnie zdrowe. W imię… przynależności. Bo przecież nie można ciągle odbijać się od ściany do ściany. Odpowiedzialność. Dorosłość. I takie tam.

Problem w tym, że ja nigdy od ściany do ściany się nie odbijałem.
Większość ludzi, poprzez przynależność, uczy się akceptować pewne rzeczy niemal bez gadania. Ja? Ja wątpię, więc jestem. Odpowiedzi mogłem szukać tylko w sobie — dlatego nie działają na mnie slogany, mundury, literki przed nazwiskiem. Na mój szacunek trzeba zasłużyć. To nie bunt dla buntu. To moja wewnętrzna konstrukcja — inna być nie mogła.

Dlatego export i praca między granicami tak mnie fascynują. Skoro nigdy nigdzie nie przynależałem w stu procentach, potrafię odnaleźć się… gdziekolwiek. To nie jest dom (najbliżej było chyba w Nowej Zelandii), ale to zawsze jest OK. Bez ocen. Bez oczekiwań. Bez gradacji. Nie boję się ciszy. Raczej tłumu. A improwizować potrafię jak mało kto — nikt nie wręczył mi scenariusza, więc wyszarpałem go sam.

“Where I lay my head is home
Carved upon my stone
My body lies, but still I roam”

Nikt z nas nie kontroluje tego, co się wydarzy. Myślimy, że kontrolujemy — bo to ładna bajka. Rzeczy się dzieją. Życie się zdarza. Przez 45 lat nie potrafiłem nazwać tego, co robię, dlaczego to robię, co mnie popycha. Wydawało się to bezsensowne.

Aż w końcu zrozumiałem, że przez całe życie odrzucałem pytanie, które zadaje sobie prawie każdy:
„Gdzie należę?”

I zamiast tego zapytałem:
„Co należy do mnie?”



czwartek, 15 stycznia 2026

Dream Theater- A Change of Seasons


PATTERNS.

CADENCE.

Dwa słowa, które w ostatnim czasie stały się dla mnie ważne.
Zawsze były — ale dopiero teraz widzę, jak bardzo są dla mnie egzystencjalne.

Celowo po angielsku. Bo polskich odpowiedników właściwie nie ma.

Są słowa podobne. W muzyce mogę mówić o frazowaniu — i to jest blisko. Mogę próbować mówić o rytmie, dynamice. Układ? Struktura? Schemat? Wszystkie brzmią jakoś… zimno. Zbyt oficjalnie. Zbyt biurokratycznie. A to nie o to chodzi.

Moje zdziwienie było ogromne, gdy zrozumiałem, że to właśnie tak działa mój mózg. Że patterns — wzory, powtarzalności, relacje — są dla mnie czymś fundamentalnym. Nie estetyką. Mechanizmem przetrwania.

Kiedy w głowie panuje chaos.
Kiedy bodźce przychodzą naraz.
Kiedy świat nie ma instrukcji obsługi.

Wtedy mózg uczy się widzieć kształty, których inni nie widzą. Po to, żeby to wszystko w ogóle miało sens.

Mój problem polegał na tym, że nigdy nie miałem języka, żeby to opisać. Widziałem świat inaczej. Czułem go inaczej. Ale nie byłem w stanie tego opowiedzieć. Brakowało mi słów. Jak się okazuje — tych słów po prostu nie było w moim ojczystym języku. Mogłem tylko krążyć wokół sedna.

Po latach w UK mój polski przeszedł angielskim, a mój angielski przeszedł polskim. Gdy myślę o czymś złożonym albo podejmuję decyzję, często robię to świadomie dwa razy — w dwóch językach. Tory, którymi idą myśli, są inne. Gramatyka prowadzi je innymi koleinami. A okazuje się, że i same słowa nie zawsze są w stanie unieść to samo znaczenie.

Do tego dochodzi rytm. Naturalna tendencja języka do opisywania rzeczywistości. Jeden jest idealny do procesów, precyzji, sekwencji. Drugi — do emocji, przeżyć, znaczeń.

Jakiś czas temu te dwa porządki połączyły się u mnie w całość. Wyjechałem z Polski 25 lat temu, więc moja polszczyzna i tak została zamrożona w czasie. Ostatnio zauważyłem, że rytm, którym mówię i piszę, jest bardziej angielski. Cadence. Ten stop–start, te pauzy, te frazy są dla mnie naturalne — bo pattern dokładnie oddaje sposób, w jaki widzę świat.


Przez większość życia bałem się niedoskonałości. Myślałem, że chodzi o brak pewności siebie — ale to nieprawda. Pewność siebie miałem, nawet jeśli była zbudowana na latach maskowania. Niedoskonałość była zagrożeniem. Robienie czegoś po raz pierwszy. Nieporadnie. To zwiększało ryzyko oceny. A bardzo wcześnie nauczyłem się, że ocena = zagrożenie.

Wyobraź sobie całe życie słyszeć:
„Ciszej.”
„Czemu tak krzyczysz?”
„Nie kiwaj się.”
„Bądź bardziej taki albo owaki.”

Nie kilka razy — ciągle.

Wyobraź sobie, że każda cecha wynikająca z tego, jak działa twój mózg, jest interpretowana jako wada charakteru. Nagle nie jesteś niski — tylko „nie chcesz urosnąć”. Absurd. A jednak dokładnie tak to działa.

Oceny unikałem przez kompetencje. Przez nieustanne monitorowanie siebie. Wyobraź sobie, że w trakcie rozmowy jednocześnie analizujesz każde swoje słowo, gest, ruch. Większość ludzi w rozmowie się rozluźnia. Nabiera energii. Dla mnie to była katorga.

Z czasem pozwoliłem sobie na niedoskonałości — zwykle wtedy, gdy ktoś mnie zachęcił albo zobaczył coś wartościowego. Zawsze lubiłem pisać, ale szkoła narzucała konkretny sposób budowania zdań. Dopiero emigracja sprawiła, że język stał się bardziej mój.

Potem przyszła fotografia. I wydarzyło się coś dziwnego. Okazało się, że moje oko naturalnie łapie patterny — często nawet nieświadomie. Robię zdjęcie, a dopiero w postprodukcji, podbijając kontrast, widzę coś, co zawsze tam było. Promienie słońca stają się linią konstrukcyjną obrazu. W najlepszych zdjęciach niemal nic nie jest przypadkowe — nie dlatego, że coś ustawiłem, tylko dlatego, że coś zauważyłem.



Muzyka zawsze była równie ważna. Fascynowały mnie zespoły, w których rytm nie jest prosty, a motywy wracają, zmieniają się, nakładają na siebie. Tool, Dream Theater, Metallica. Start. Stop. Pauza. Powrót. Tak działa mój umysł.

Większość ludzi myśli od punktu A do B do C.
Ja mam chmurę.
W niej najdziwniejsze skojarzenia tworzą jedną całość.

I tam też jest logika.

Logika stała się moją tratwą ratunkową. Bez niej utonąłbym w nadmiarze sygnałów. To dlatego mózg chwycił się patternów — żeby w ogóle funkcjonować.

Epickie utwory jak A Change of Seasons nie są dla mnie ważne dlatego, że ktoś gra milion nut na sekundę. Są ważne dlatego, że ja już mam milion myśli na sekundę — i one są ze sobą połączone. Słyszę kilka motywów naraz. Słyszę meta-motyw, który spina je w całość. Konsekwencję. Coherence. Kolejne słowo, które po polsku nie znaczy dokładnie tego samego.

Zrozumienie, że nic nie było przypadkowe, jest uwalniające. Moje fascynacje. Moje zdjęcia. Sposób, w jaki buduję zdania — wszystko wynika z tego samego źródła.

Przez dekady czułem się samotny. Inny. Zmęczony. Patrzyłem na ludzi, którym pewne rzeczy przychodziły łatwo, podczas gdy ja walczyłem. Szukałem odpowiedzi. Były momenty, gdy googlowałem objawy Alzheimera, choroby afektywnej dwubiegunowej, depresji. Depresja pasowała najbardziej — choć to nigdy nie była ona. W depresji się nie walczy. Ja walczyłem.

Najgorsze jest walczyć bardziej niż inni i mieć z tego prawie nic. Rezygnować z siebie, żeby uniknąć oceny — a ona i tak przychodzi. W pracy. W systemach, które wymagają, żebyś stał się kimś innym. Dla mnie oznaczało to zakładanie kolejnej maski i monitorowanie siebie monitorującego siebie. Kiedy próbowano zmusić mnie do nagięcia własnych zasad — dla awansu, pieniędzy, kariery — nie mogłem. Nie z moralnych powodów. Mój mózg po prostu nie miał na to mocy przerobowych.

Nigdy nie umiałem tego wyrazić. Każda próba kończyła się przegrzaniem systemu.
„Czemu taki jesteś?”
„Czemu po prostu tego nie zrobisz?”
„W czym problem?”

A jednak struktura zawsze była widoczna — w moich opisach, zdjęciach, muzycznych wyborach. Dopiero po czasie, jak w postprodukcji, pojawiał się kształt, który miał sens. Prawdziwy. Nie maska. Nie pancerz.

Całe życie widziałem dużo. Czasem za dużo. Potrafiłem trzymać w głowie kilka równoległych ciągów logicznych — wszystkie miały sens. Ale nie da się tego wytłumaczyć, nie brzmiąc jak wariat.

Przez to zawsze stałem trochę z boku. Obserwowałem. Nawet samego siebie.

Nazwanie tego. Zobaczenie tego. To jedyny sposób, żeby zacząć żyć bardziej świadomie. System, który służył do nieustannego monitorowania, może w końcu zostać użyty do rozbrajania obron. Pojawia się ulga. Zrozumienie. Pogodzenie się z tym, że widzę patterny. Że jestem chaotyczny — ale w tym chaosie jest logika.

I po raz pierwszy w życiu… to jest po prostu OK.

niedziela, 11 stycznia 2026

Tytułem wstępu (2026 remaster)











Minelo iles tam lat i... nagle wiele z tego rozumiem. 
Wiem czemu pustynia. 
Wiem czemu ciary.
Wiem czemu gniew. 

Pisanie kiedyś pomagało zebrać myśli. Czułem dużo, ale nie wiedziałem dokładnie co. Błąkałem się po omacku. Próbowałem zrozumieć, czemu serce mówi jedno, a głowa drugie. Nazywałem rzeczy po swojemu — intuicyjnie, od środka.

Niedawno wróciłem do starych wpisów. Jest w nich ktoś, kto bardzo dużo czuł, ale niewiele rozumiał.
Dziś wiem, że mam ADHD.
Dziś wiem, czemu logika i szczerość są dla mnie egzystencjalne.
Rozumiem też, czemu dla niektórych jestem „za bardzo”. Prawdę mówiąc — cały ten blog taki był.

I właśnie dlatego do niego wracam.

Zbliżam się do tamtych chwil i widzę je z nowej perspektywy. Poznaję samego siebie. Po raz pierwszy widzę logiczny ciąg wydarzeń, myśli, decyzji. Nic nie było przypadkowe. Wszystko wynikało z tego, kim jestem.

I po raz pierwszy w życiu jestem z tym po prostu… OK.

Kiedyś napisałem, że nie wiem po co to piszę. Stare wpisy zostają takie, jakie są — bo są zapisem tego, kim byłem, i wyjaśniają, kim jestem. Dalej będę monologował, bo internet przez te wszystkie lata stał się tylko gorszy. Dalej będę pisał, co mi ślina na język przyniesie. Do muzyki dojdzie jeszcze jedna pasja: fotografia.

Jeśli starczy mi weny, teksty będą krążyć wokół obrazu, wokół soundtracku. Pisane jak zawsze — od wewnątrz. Tylko tak umiem.

To nie będzie blog o ADHD. Takich są setki.
Nie uciekam od tematu, ale nie mam zamiaru go wyciskać jak cytryny. Cztery literki nie zmieniają ani nie usprawiedliwiają tego, co czuję. A mam wrażenie, że wiele z tego jest po prostu… uniwersalne.
Poza tym — bądźmy szczerzy — jeśli już mają być cztery literki, to czy AC/DC nie brzmi lepiej? 😉

Dziś wiem, co mną targa.
Co mnie wkurwia.
Co mnie fascynuje.
Wiem czemu.

To ogromna różnica. To coś bardzo nowego.

Ale jeszcze bardziej niesamowite jest to, jak wiele się nie zmieniło. Jak blisko jestem w końcu samego siebie.

Więc… dalej do końca nie wiem po co piszę. I nie muszę już tego wiedzieć.
Pisanie pozwala mi zebrać myśli. W mojej głowie zawsze była chmura pomysłów, uczuć, idei — zapisywanie pozwala je na chwilę zatrzymać. Przyjrzeć się im niemal pod mikroskopem.

Mógłbym pisać do szuflady. Ale jest jeszcze coś: ekspresja. Muzyka zawsze była dla mnie ważna. W fotografii po raz pierwszy dałem sobie prawo do niedoskonałości — wcześniej była zagrożeniem. Pozwoliłem sobie na eksperymenty i z czasem stworzyłem styl, który naprawdę oddaje to, jak widzę świat.

Więc zapraszam na… reaktywację?
Remaster z nigdy niepublikowanymi nagraniami.

Obiecuję ciary.
Gniew? Inny. Dojrzalszy. Celniejszy.

I tyle.

KROPKA.


Tyle osób nie miało nic lepszego do roboty