Genesis i klasyka przez wielkie K, wielkie L, wielkie A...-
wiecie dokąd z tym idę. Wszystko otwiera przepiękne pianino Banksa,
potem typowo dla rocka progresywnego monumentalna i podniosła melodia aż
do TEGO solo. Najpierw na flecie, subtelnie i delikatnie. Potem utwór
nabiera rozpędu i pianino przeplata się z
klawiszami. Bas w tle też niczego sobie. Wszystko i tak zmierza do
jednego. TO solo musi wrócić. Tym razem mistrz Hackett i jego gitara.
Ciary to mało powiedziane. Ta gitara płacze, skarży się, wypowiada żale
które w nas tkwią tak głęboko, że nigdy słowami nie jesteśmy w stanie
ich oddać... Tych kilka prostych w sumie nut zagranych jest z tak
niesamowitym oddaniem... Każde jedno drgnięcie albo podciągnięcie struny
jest celowe i sprawia, ze kolejna armia mrówek robi sobie po naszych
plecach przebazowanie. Oczy się automatycznie zamykają niemal w
ekstazie. To aż prawie fizycznie boli z piękna.