czwartek, 21 lutego 2013

Riverside- Left Out


You're disregarding me
Passing me by
Like I'm not even here
Maybe I'm not
Maybe I'm somewhere else


Wszystko jest dobrze póki pasujemy. Wszyscy się śmieją to i my się pośmiejemy. Ostre, sprośne żarty latają dookoła- dołączamy. Ogólna fascynacja czyjąś furą, przechodzacą "laską"- niewybredne odgłosy, jesteśmy tego częścią. O pewnych rzeczach nikt nie rozmawia to i my nie rozmawiamy. Nikt nie płacze to i my nie płaczemy. Pasujemy. Skupiamy się na tym. Żeby pasować. Maska nie moze spaść, to byłby dramat. Styl życia. Praca. Kariera. Towarzystwo. Robimy wszystko, żeby nie wypaść z obiegu. Spełniamy nie swoje ambicje, przyjmujemy nie swój system wartości. Nawet go nie poddajemy w wątpliwość, bo nie przychodzi nam do głowy że jest taka opcja. Nie zatrzymujemy się, bo nie ma po co, zresztą boimy się podświadomie że rozpędzone stado nas rozdepta. Biegniemy więc. Patrzymy z podziwiem na osoby z pozycją, charyzmatyczne, bogate, ludzi sukcesu i chcemy być przez nich docenieni, zauważeni, zaakceptowani. Być tam gdzie oni, tacy jak oni. Przecież oni są tacy szczęśliwi, no nie?


We would have remained ourselves
Without killing our feelings
Slowly
Day by day


Tak na siebie nawajem patrzymy, nawzajem trzymając w szachu. Ktoś gdzieś kiedyś określił reguły gry- tylko nie bardzo wiadomo kto. Ale to nie są pytania jakie się głośno zadaje. Głośno śmieje się z tych samych dowcipów, zachowuje odpowiednio przy kolacji czy w pubie, uwielbia te same filmy, tych samych reżyserów. Jasne, są i kłótnie i dyskusje, nie zgadzamy się. Scorsese czy Tarantino? A moze jednak Lynch? I to jest oczywiście ta nasza wolność- przecież mamy swoje poglądy, jesteśmy inni, no nie? Tylko kto się odważy głośno powiedzieć, że nie rozumie fascynacji żadnym z nich? Że woli popatrzeć na zachód słońca niż obejrzeć po raz setny Pulp Fiction i że cała dyskusje jest cholernie pretensjonalna? Pal sześć jednak gust, to jest pikuś, to jeszcze przecież przejdzie- co jeśli skończy się teoretyzowanie a dojdzie do czynów? Czy podobnie nie wygląda sprawa w temacie moralności? Naszych własnych granic? Jak daleko je nagniemy po to tylko żeby nikt nie zauważył, że jesteśmy inni, ze czujemy inaczej i widzimy więcej? Inni piją to i ja piję? Inni grają to i ja zagram? Zapalę? Zdradzę?

I used to be one of you
With the same spark in my eyes
And now I don't belong to this place
It's a matter of merciless time
I wholly vanish


Ile razy pozwalamy sobie na to, żeby powiedzieć coś ogólnie niepopularnego? Czy kiedy wszyscy się śmieją albo drwią z jednej osoby i ewidentnie cała sytuacja poszła za daleko- czy to my będziemy tą osobą, która powie "dość"? Zaryzykujemy? A może głośno poddamy w wątpliwość ogólnie przyjętą przez wszystkich prawdę? Pozycja społeczna, kariera, to są takie ważne dla niektórych rzeczy. Powiemy im, że nas tak naprawdę nie obchodzą? A może przyznamy się znajomym kumplom że spaliśmy całe życie tylko z jedną kobietą i nie czujemy że cokolwiek straciliśmy? Powiemy bliskim którzy są głęboko wierzący, że my nie podzielamy ich teorii i że ślubu kościelnego nie będzie, albo że będzie w innej religii? Przedstawimy wszystkim swoim mało liberalnym bliskim naszego nowego partnera tej samej płci? A może opowiemy im o eksperymentach z marihuaną? Rodzicom sfiksowanym na karierze powiemy o naszym planie odejścia ze studiów? Znajomym, którzy wszyscy mają doktoraty powiemy że naszym marzeniem jest założenie małego zakładu obuwniczego? Zresztą, co tam powiemy- zrobimy to?

Robimy to co inni, tak jak inni. Wiele rzeczy świadomie, jeszcze więcej kompletnie podświadomie. Coś gdzieś czasem tylko dziwnie zaboli w brzuchu... jakiś utwór z niepokojącą nutą wywoła jakąś dziwną reakcję... Scena w filmie wywoła łzy kompletnie bez powodu, kompletnie bez sensu. Czasem wieczorem będziemy leżeć w łóżku nie mogąc zasnąć myśląc o czymś bezwiednie czując jakąś pustkę. Tęsknimy. Za sobą w tym wszystkim. Maska opada. Jesteśmy sami i nie trzeba jej trzymać. Nie trzeba? A przecież nadal ją trzymamy, może nawet jeszcze mocniej i jeszcze rozpaczliwiej. Jest przecież jeszcze jeden świadek. Najważniejszy. My sami.

Don't turn your back this time
Just look at my eyes
I won't break down
I'm going to fight



Przyznać się przed samym sobą, ze jest się zagubionym w tym wszystkim- to jest najtrudniejsze. Przyznać do błędu, do straconego czasu... wielu woli iść raz już obraną ścieżką. Wielu się nawet nad tym nie zastanawia, zdeterminowani już na dobre. Przebić się przez to uczucie i jeszcze dojść do tego kim jesteśmy i co tak naprawdę MY czujemy a nie co czuli nasi rodzice, znajomi, nauczyciele czy nawet rodacy- to już wyższa szkoła jazdy. Zdać sobie sprawę, ze lunatykujemy i otworzyć oczy. Powalczyć. Nie ze sobą jak do tej pory a o siebie. Dookoła nie ma wrogów. Są ludzie. Mogą być, może ich nie być. Nie musi ich być przecież setka, to nie Fejsbuk. Może być jedna i może wystarczyć. Ale na pewno jesteśmy my i jesteśmy tylko ten jeden raz. Inni nie będziemy. Więcej szans też nie będzie. Może zamiast zamykać oczy i udawać warto sprawdzić co się tam kryje i zaakceptować? Przytulić? Bronić?

Walczyć?

Bo jest o co walczyć. Asertywność to zabawna rzecz- czasem największą asertywnością jest zrezygnowanie z niej. Ale kluczem jest coś innego- świadomość. Tego co czujemy, co się dzieje i tego co chcemy osiągnąć i jakie będą konsekwencje. Ci którzy zauważą albo zrozumieją co robimy- to będą ludzie warci naszej uwagi, naszego skupienia i naszej energii. Reszta... niech się patrzy z wyrzutem albo nawet nieukrywaną niechęcią. To nie będzie boleć. Tego się przecież boimy, że będzie boleć. Nie będzie. To będzie nagroda i motywacja. Wskazówka, że idziemy w dobrą stronę.

2 komentarze:

Sybil pisze...

Wiesz...za każdym razem gdy czytam Twoje wpisy, rozwalasz mnie emocjonalnie, rozkładasz na kawałki, na czynniki pierwsze. Tu jest napisane wszystko, o czym czasem myślę, choć boję się nawet myśleć, wszystko o czym marzę, lecz boję się do tego przyznać.
Myśli o tym wszystkim bolą.

Tomasz Wiszniewski pisze...

Muszę przyznać, ze ciężko się takie rzeczy pisze. Może inaczej- ciężko się je publikuje. Piszą się akurat praktycznie same. Jakaś obawa, że nikt, zupełnie nikt tego nie poczuje, nie zrozumie. Że trafią w najlepszym wypadku w ciszę a w najgorszym w śmiech i drwinę. Gdybynm chciał to co piszę skierować do wszystkich albo do większości- pisałbym coś innego i inaczej. Tu... po prostu mam nadzieję, że ci co mają złapać- złapią.

Tyle osób nie miało nic lepszego do roboty