czwartek, 7 marca 2013

Marillion- Ocean Cloud



Szósta minuta tego utworu to jedne z najlepszych nut jakie znam. Mocny, niemal metalowy w swojej konstrukcji riff i Hogarth, w końcu nie smęcący tylko na pełnej parze i z ogromna siłą wyśpiewujący jakże przejmujące wyznanie. Kilka linijek mówiących właściwie wszystko.

Only me and the sea
We will do as we please


Dwie linijki tekstu i melodia wspaniale akcentujące przepiękny refren. Tuż wcześniej cudowne solo Rothery'ego, w którym słychać więcej Gilmoura niż w połowie Gilmourów. I te słowa, które wwiercają się zawsze we mnie do absolutnie ostatniej komórki. Trafiają w sam środek tego kim jestem, jaki jestem i co czuję. Mógłbym napisać dziesięć książek i nie oddałbym tego lepiej niż te dwa wersy.

W moim przypadku nie chodzi o morze. U mnie są to góry, ale uczucia... Tak mocne i do tego stopnia idealnie oddane, że nie jestem w stanie tego fragmentu wysłuchać bez jakiegoś wewnętrznego wzburzenia, zdziwiony że ktoś inny może to tak doskonale celnie rozumieć- może nawet lepiej ode mnie samego. A przecież Hogarth nie śpiewa o sobie samym, ten utwór jest zainspirowany historią zupełnie innego człowieka. Jak wiele empatii jest potrzebne, żeby tak celnie oddać czyjąś historię? Złapać istotne fragmenty i je zaakcentować tak, że nie pozostawiają żadnych wątpliwości, zwłaszcza "wtajemniczonym". Ten tekst nawet nie próbuje być skierowany do wszystkich- tylko do tych którzy będą wiedzieli o czym jest, co mówi. Mówi przecież o uczuciach wcale nie uniwersalnych. A na pewno nie dla wszystkich...

W górach czuję się żywy. Jestem daleko od tego wszystkiego co mnie mierzi w miejscu w którym liczy się każdy jeden oddech, każdy jeden krok, ruch. Wiem, że są zagrożenia, a jednak czuję się bezpieczniej niż w mieście między ludźmi. Nawet bedąc samemu albo z towarzyszem, myślącym i czującym tak samo. Może nawet zwłaszcza wtedy. Każda jedna minuta pobytu tam warta jest kilku dniom gdzieś indziej. Nigdzie indziej nie wyostrzają się zmysły tak bardzo. Nasłuchuję. Rozglądam się. Decyduję się na krok. Wykonuję go. Słyszę swój własny oddech i szum wiatru. Spadajacy kamyczek gdzieś w żlebie obok. Kolor światła. Wiatr- kierunek, temperatura. Słońce. Chmury. Wszystko zarejestrowane, wszystko odebrane. Nic nie jest zbędne, każdy jeden zmysł wytężony. Wszystko zależy ode mnie. Natura, tak wielka i potężna, mogąca zniszczyć w ciągu sekundy wydaje się być okiełznana, jeśli tylko potraktuje się ją z szacunkiem. Bez brawury, bez sztucznego bohaterstwa, bez udawania czegokolwiek. Wręcz pozwala na więcej, uśmiecha się. Zaprasza. Po prostu jest. I pozwala odkryć siebie.

W mieście, między ludźmi wyłączam zmysły. Mogę patrzeć dookoła tak samo uważnie- ale to boli. Za dużo widzę. Krzywdy, bólu, strachu. Pustki. W dodatku nie czuję że pasuję do tego otoczenia, że wcześniej czy później zostanę zdemaskowany jako słabe ogniwo, które będzie można złamać i wykorzystać. Bo zawsze ktoś do tego chętny się znajdzie. Zarobi więcej, dostanie awans, zabierze coś. Zawsze się znajdzie jakiś interes, który można zrobić naszym kosztem. Mówi się, że ludzie chodzą w góry po adrenalinę. Przynajmniej w moim przypadku jest to kompletna bzdura. Nie żebym się nie bał w górach- o nie. Boję się. Nawet bardzo. Ale strach jest realny. Reczywisty. Usprawiedliwiony. Mogę spaść. Może się pogoda zmienić. Mogę zginąć. Ciągle jednak rozumiem czemu i jak. Między ludźmi nie wiem co się dzieje. Nie wiem czemu ktoś chce mi coś zabrać, skoro ja i tak tak mało mam. Nie wiem czemu chce mi udowodnić że jest lepszy, większy albo ważniejszy- zwłaszcza że jest dokładnie taki sam jak ja. Nie jestem na czasie, nie jestem w zgodzie z żadną modą, chodzę własnymi ścieżkami i... coraz bardziej odstaję. Niby taki sam a zupełnie inny. Więc wyłączm zmysły. Staram się nie słuchać kłamstw. Nie widzieć iluzji. Zostawić na tyle wszystkiego żeby funkcjonować- ale niewiele więcej. Nawet nie próbuję tego rozumieć, bo wnioski przerażają.

Trafiam na ścieżkę wiodącą do zbocza góry i po kolei włącza się wszystko przez tak długi czas uśpione. Zmysły. Uczucia. Świadomość. Tego co mnie otacza, co się dzieje. Tego, że jestem. Tu i teraz. Nie ma jutra, nie ma wydumanych obowiązków, nie ma bezsensownych gierek i intryg. Są rzeczy tylko i wyłącznie istotne. Wejście a potem stanięcie na szczycie, ten moment w którym można się rozejrzeć. Ta duma. Ten podziw dla samego siebie. To zachłyśnięcie się wolnością. Tak realną i prawdziwą. Ten zastrzyk rzeczywistości. Ten uśmiech na twarzy kompletnie bez powodu. Szczęście. Zachwyt. Euforia. Rezczy które powinniśmy i moglibyśmy czuć codziennie, ale z jakiegoś powodu wybraliśmy pościg za czymś innym. Niestety, nikt nigdy nie wtajemniczył mnie ani w reguły tego wyścigu ani w to co można niby wygrać. A tu wiem, widzę i czuję się zwycięzcą. Nad jedynym tak naprawdę istotnym przeciwnikiem- samym sobą.

Potrafię za nimi bardzo tęsknić. Granaty, Teida, Snowdon, Guajara... w tylu miejscach już zostawiłem swoje serce i część siebie a tyle ich jeszcze czeka, jeszcze są ciągle przede mną... i te same wszędzie uczucia, wywołane coraz to piękniejszymi widokami. I siłą większą niż cokolwiek innego, czego doświadczyłem. Ludzie chodzą do kościołów szukając sensu. Okradają się nawzajem, w pieniądzach szukając celu. Psychotropami leczą swoje bóle, uciszają się karierą, pozycją. Ja idę w góry. Spotkać jedną z nielicznych osób, której ufam. Siebie. I w tym jednym , jedynym miejscu nie czuję się bynajmniej samotny. Wręcz przeciwnie. Mam cały świat u stóp. Wszystko, czego możnaby potrzebować. Powietrze, którym oddycham tak głęboko, że jestem świadomy każdego jednego wdechu. Słyszę go i czuję, pełniejszy niż gdziekolwiek indziej. Każdy jeden dotyk skały, kiedy ręce szukają oparcia- tak wyraźny, tak świadomy, tak dokładnie zarejestrowany. Nic nie jest zbędne. Po to przecież mamy zmysły, prawda? Żeby czuć?

So the sea is my wife and a sweet Ocean Cloud is a mistress I'm allowed
I've seen too much of life
So the sea is my wife
And the sweet ocean clouds will look down on my bones tonight.


Niewiele wiem. Im starszy się staję tym mniej, mam wrażenie. Wydawało mi się, że z wiekiem zrozumiem więcej- a rozumiem mniej. Co najwyżej umiem się lepiej maskować. Dokonywać kompromisów. Ale wiele czuję. Czasem ciężko jest zrozumieć te uczucia, ułożyć je w logiczną całość, opisać. Jednak są na tyle mocne i rzeczywiste, że żadna ich klasyfikacja nie jest potrzebna. Ich obecność jest nagrodą samą w sobie. W tym jednym miejscu, w obecności żywiołu potrafię się poczuć naprawdę wolny. Spokojny, pogodzony ze sobą i otaczającą mnie rzeczywistością. Ja i żywioł. Proste zasady. Proste reguły. Zero kłamstw. Tylko wzajemny szacunek i akceptacja rzeczy takimi, jakie są. W moim słowniku to jest definicja szczęścia.

4 komentarze:

Bizon pisze...

moj ulubiony cytat w zwiazku z pytaniami po co chodzic w gory. "bo są". cholernie zaluje, że moja przygoda z gorami jak wczesnie sie zaczela, tak wczesnie sie skonczyla. od lat nie bylem na dluzej i chociaz co rok obiecuje sobie, ze pojade, to nie mam w sobie wystarczajaco duzo sily, zeby zebrac sie i pojechac samemu, a z kim nie mam.

Tomasz Wiszniewski pisze...

Legendarny cytat. Facet, który to powiedział- też legenda... wszedł czy nie wszedł?

Też mam teraz lekką przerwę. Nie aż tak długą, bo jednak na Teneryfie jak najbardziej się temu oddałem ale już żałuję, ze będąc w Dubaju nie zahaczyłem o góry Hajar... może następnym razem, za rok? No ale właśnie dlatego było mi ciężko, bo Asia została w UK... Gdyby była tam ze mną- na pewno byśmy to zrobili w taki czy inny sposób... muszę kiedyś zorganizować ekipę na Tatry- rozumiem że byś się pisał? ;)

Łukasz pisze...

Dokładnie czuję w górach to samo co TY . Nie chodzę może po jakiś wysokich górach . Staram się omijać miejsca pełne ludzi w klapkach czy butach na obcasie . Ale jak już jestem na szczycie ( jakimkolwiek ) to czuję właśnie tą wolność o której piszesz . Dziś chodzi mi po głowie utwór "Ohne dich" Rammsteina , ale myślę, że Ocean Cloud pasuje nawet bardziej (ta szósta minuta) .
Smutny dziś dzień :(

Bizon pisze...

heh no pisać bym sie pewnie pisał, tyle ze cos mi sie widzi, ze ze mną to byście se nie połazili, bo po pierwsze nie łazilem porządnie po gorach od hmm 94 roku, a po drugie, na starosc lęk wysokosci mi sie pojawil i na orlą bym już sie na pewno nie wybrał ani na nic podobnego :D

Tyle osób nie miało nic lepszego do roboty