wtorek, 20 stycznia 2026

Metallica- Wherever I May Roam


“Nomad, vagabond
Call me what you will"

Nigdy nigdzie nie przynależałem.
Mieszkałem w dwóch różnych krajach, czterech różnych miastach. Jasne — czuję z nimi wiele więzi. Ale czy do któregoś naprawdę należę?

Studiowałem systemy komputerowe i arteterapię. Pracuję w handlu międzynarodowym. Zaczytuję się w książkach Briana Greene’a.
Żadna partia polityczna nigdy mnie nie reprezentowała.
Nie jestem religijny. Są filozofie, które przekonują mnie bardziej niż inne — ale żadna nie jest niczym innym niż filozofią.
Nie uznaję hierarchii. Inaczej: uznaję ją, jeśli mnie przekona. Kompetencją. Inteligencją. Wtedy nie ma problemu.

“Oh, but I’ll take my time anywhere
Free to speak my mind anywhere
And I’ll redefine anywhere”

Przez całe życie myślałem, że wszyscy dookoła dostali instrukcję obsługi, a ja jeden… nie wiem — ktoś wylał na nią kawę albo była w innym języku. Co najdziwniejsze, długo sądziłem, że wszyscy tak mają. Nie że czasem czują się zagubieni — tylko ciągle.

Większość z nas w dzieciństwie nie dostaje Poradnika „Jak żyć”. Dostaje coś innego: umiejętność obserwacji i — poprzez mirroring — uczy się, jak ogarniać rzeczywistość. Jak żyć. Co znaczą informacje zwrotne. Jak być częścią grupy. Jak przynależeć.
I większość ludzi nigdy nie ma poczucia, że coś zgubiono po drodze. Pewne rzeczy przychodzą naturalnie. Jasne — są nieśmiali i głośni, spokojni i przebojowi — ale jedno ich łączy: wiedzą, z czym to się je. Rozumieją świat, który ich otacza.

Wyobraźcie sobie, że nie jesteście w stanie się tego nauczyć.
Wasz umysł widzi wszystko wyraźnie — ale robi rzeczy… inaczej. Ma momenty zawieszenia. Momentami jest kompletnie przeładowany bodźcami i emocjami. Bywa, że bardzo chce coś zrobić — i nie może. I nie potrafi tego wytłumaczyć. Coraz wyraźniej widzi, że odstaje. Że inni mają jakąś tajemną wiedzę o tym, jak być w grupie, jak funkcjonować w szkole — a wasz umysł działa na innych falach.
Zbyt głośny, gdy inni są cicho.
Pobudzony, gdy wszyscy mają dość.
Zawsze nie tak.

“I adapt to the unknown
Under wandering stars I’ve grown
By myself but not alone”

Więc budujesz system, który nie jest naturalny, ale ma cię świadomie trzymać w ryzach. Żeby odstawać mniej. Taki system kosztuje niewyobrażalną ilość energii. Jakbyś próbował uruchomić laptopa z dwoma Windowsami naraz. Totalna zawieszka.

Tego, czego nikt ci nigdy nie mówi, to jak podążać za fascynacją. Jak rozpoznawać wewnętrzne sygnały płynące z głębi siebie. Ba — uczysz się wręcz im nie ufać. Po to jest ten drugi system: żeby łapać „wyskoki”. W efekcie niemożliwe staje się poczucie, że coś jest naprawdę twoje. Skoro całe życie robisz wszystko, żeby siebie uciszyć — to jak niby masz siebie odnaleźć?

Nigdy niczego nie planowałem. Rzeczy po prostu się działy. Jedynym sygnałem było poczucie, że coś męczy mnie bardziej, niż powinno. Ogromną część życia spędziłem, tłumiąc ten głos. Brnąc w sytuacje, które nie były dla mnie zdrowe. W imię… przynależności. Bo przecież nie można ciągle odbijać się od ściany do ściany. Odpowiedzialność. Dorosłość. I takie tam.

Problem w tym, że ja nigdy od ściany do ściany się nie odbijałem.
Większość ludzi, poprzez przynależność, uczy się akceptować pewne rzeczy niemal bez gadania. Ja? Ja wątpię, więc jestem. Odpowiedzi mogłem szukać tylko w sobie — dlatego nie działają na mnie slogany, mundury, literki przed nazwiskiem. Na mój szacunek trzeba zasłużyć. To nie bunt dla buntu. To moja wewnętrzna konstrukcja — inna być nie mogła.

Dlatego export i praca między granicami tak mnie fascynują. Skoro nigdy nigdzie nie przynależałem w stu procentach, potrafię odnaleźć się… gdziekolwiek. To nie jest dom (najbliżej było chyba w Nowej Zelandii), ale to zawsze jest OK. Bez ocen. Bez oczekiwań. Bez gradacji. Nie boję się ciszy. Raczej tłumu. A improwizować potrafię jak mało kto — nikt nie wręczył mi scenariusza, więc wyszarpałem go sam.

“Where I lay my head is home
Carved upon my stone
My body lies, but still I roam”

Nikt z nas nie kontroluje tego, co się wydarzy. Myślimy, że kontrolujemy — bo to ładna bajka. Rzeczy się dzieją. Życie się zdarza. Przez 45 lat nie potrafiłem nazwać tego, co robię, dlaczego to robię, co mnie popycha. Wydawało się to bezsensowne.

Aż w końcu zrozumiałem, że przez całe życie odrzucałem pytanie, które zadaje sobie prawie każdy:
„Gdzie należę?”

I zamiast tego zapytałem:
„Co należy do mnie?”



czwartek, 15 stycznia 2026

Dream Theater- A Change of Seasons


PATTERNS.

CADENCE.

Dwa słowa, które w ostatnim czasie stały się dla mnie ważne.
Zawsze były — ale dopiero teraz widzę, jak bardzo są dla mnie egzystencjalne.

Celowo po angielsku. Bo polskich odpowiedników właściwie nie ma.

Są słowa podobne. W muzyce mogę mówić o frazowaniu — i to jest blisko. Mogę próbować mówić o rytmie, dynamice. Układ? Struktura? Schemat? Wszystkie brzmią jakoś… zimno. Zbyt oficjalnie. Zbyt biurokratycznie. A to nie o to chodzi.

Moje zdziwienie było ogromne, gdy zrozumiałem, że to właśnie tak działa mój mózg. Że patterns — wzory, powtarzalności, relacje — są dla mnie czymś fundamentalnym. Nie estetyką. Mechanizmem przetrwania.

Kiedy w głowie panuje chaos.
Kiedy bodźce przychodzą naraz.
Kiedy świat nie ma instrukcji obsługi.

Wtedy mózg uczy się widzieć kształty, których inni nie widzą. Po to, żeby to wszystko w ogóle miało sens.

Mój problem polegał na tym, że nigdy nie miałem języka, żeby to opisać. Widziałem świat inaczej. Czułem go inaczej. Ale nie byłem w stanie tego opowiedzieć. Brakowało mi słów. Jak się okazuje — tych słów po prostu nie było w moim ojczystym języku. Mogłem tylko krążyć wokół sedna.

Po latach w UK mój polski przeszedł angielskim, a mój angielski przeszedł polskim. Gdy myślę o czymś złożonym albo podejmuję decyzję, często robię to świadomie dwa razy — w dwóch językach. Tory, którymi idą myśli, są inne. Gramatyka prowadzi je innymi koleinami. A okazuje się, że i same słowa nie zawsze są w stanie unieść to samo znaczenie.

Do tego dochodzi rytm. Naturalna tendencja języka do opisywania rzeczywistości. Jeden jest idealny do procesów, precyzji, sekwencji. Drugi — do emocji, przeżyć, znaczeń.

Jakiś czas temu te dwa porządki połączyły się u mnie w całość. Wyjechałem z Polski 25 lat temu, więc moja polszczyzna i tak została zamrożona w czasie. Ostatnio zauważyłem, że rytm, którym mówię i piszę, jest bardziej angielski. Cadence. Ten stop–start, te pauzy, te frazy są dla mnie naturalne — bo pattern dokładnie oddaje sposób, w jaki widzę świat.


Przez większość życia bałem się niedoskonałości. Myślałem, że chodzi o brak pewności siebie — ale to nieprawda. Pewność siebie miałem, nawet jeśli była zbudowana na latach maskowania. Niedoskonałość była zagrożeniem. Robienie czegoś po raz pierwszy. Nieporadnie. To zwiększało ryzyko oceny. A bardzo wcześnie nauczyłem się, że ocena = zagrożenie.

Wyobraź sobie całe życie słyszeć:
„Ciszej.”
„Czemu tak krzyczysz?”
„Nie kiwaj się.”
„Bądź bardziej taki albo owaki.”

Nie kilka razy — ciągle.

Wyobraź sobie, że każda cecha wynikająca z tego, jak działa twój mózg, jest interpretowana jako wada charakteru. Nagle nie jesteś niski — tylko „nie chcesz urosnąć”. Absurd. A jednak dokładnie tak to działa.

Oceny unikałem przez kompetencje. Przez nieustanne monitorowanie siebie. Wyobraź sobie, że w trakcie rozmowy jednocześnie analizujesz każde swoje słowo, gest, ruch. Większość ludzi w rozmowie się rozluźnia. Nabiera energii. Dla mnie to była katorga.

Z czasem pozwoliłem sobie na niedoskonałości — zwykle wtedy, gdy ktoś mnie zachęcił albo zobaczył coś wartościowego. Zawsze lubiłem pisać, ale szkoła narzucała konkretny sposób budowania zdań. Dopiero emigracja sprawiła, że język stał się bardziej mój.

Potem przyszła fotografia. I wydarzyło się coś dziwnego. Okazało się, że moje oko naturalnie łapie patterny — często nawet nieświadomie. Robię zdjęcie, a dopiero w postprodukcji, podbijając kontrast, widzę coś, co zawsze tam było. Promienie słońca stają się linią konstrukcyjną obrazu. W najlepszych zdjęciach niemal nic nie jest przypadkowe — nie dlatego, że coś ustawiłem, tylko dlatego, że coś zauważyłem.



Muzyka zawsze była równie ważna. Fascynowały mnie zespoły, w których rytm nie jest prosty, a motywy wracają, zmieniają się, nakładają na siebie. Tool, Dream Theater, Metallica. Start. Stop. Pauza. Powrót. Tak działa mój umysł.

Większość ludzi myśli od punktu A do B do C.
Ja mam chmurę.
W niej najdziwniejsze skojarzenia tworzą jedną całość.

I tam też jest logika.

Logika stała się moją tratwą ratunkową. Bez niej utonąłbym w nadmiarze sygnałów. To dlatego mózg chwycił się patternów — żeby w ogóle funkcjonować.

Epickie utwory jak A Change of Seasons nie są dla mnie ważne dlatego, że ktoś gra milion nut na sekundę. Są ważne dlatego, że ja już mam milion myśli na sekundę — i one są ze sobą połączone. Słyszę kilka motywów naraz. Słyszę meta-motyw, który spina je w całość. Konsekwencję. Coherence. Kolejne słowo, które po polsku nie znaczy dokładnie tego samego.

Zrozumienie, że nic nie było przypadkowe, jest uwalniające. Moje fascynacje. Moje zdjęcia. Sposób, w jaki buduję zdania — wszystko wynika z tego samego źródła.

Przez dekady czułem się samotny. Inny. Zmęczony. Patrzyłem na ludzi, którym pewne rzeczy przychodziły łatwo, podczas gdy ja walczyłem. Szukałem odpowiedzi. Były momenty, gdy googlowałem objawy Alzheimera, choroby afektywnej dwubiegunowej, depresji. Depresja pasowała najbardziej — choć to nigdy nie była ona. W depresji się nie walczy. Ja walczyłem.

Najgorsze jest walczyć bardziej niż inni i mieć z tego prawie nic. Rezygnować z siebie, żeby uniknąć oceny — a ona i tak przychodzi. W pracy. W systemach, które wymagają, żebyś stał się kimś innym. Dla mnie oznaczało to zakładanie kolejnej maski i monitorowanie siebie monitorującego siebie. Kiedy próbowano zmusić mnie do nagięcia własnych zasad — dla awansu, pieniędzy, kariery — nie mogłem. Nie z moralnych powodów. Mój mózg po prostu nie miał na to mocy przerobowych.

Nigdy nie umiałem tego wyrazić. Każda próba kończyła się przegrzaniem systemu.
„Czemu taki jesteś?”
„Czemu po prostu tego nie zrobisz?”
„W czym problem?”

A jednak struktura zawsze była widoczna — w moich opisach, zdjęciach, muzycznych wyborach. Dopiero po czasie, jak w postprodukcji, pojawiał się kształt, który miał sens. Prawdziwy. Nie maska. Nie pancerz.

Całe życie widziałem dużo. Czasem za dużo. Potrafiłem trzymać w głowie kilka równoległych ciągów logicznych — wszystkie miały sens. Ale nie da się tego wytłumaczyć, nie brzmiąc jak wariat.

Przez to zawsze stałem trochę z boku. Obserwowałem. Nawet samego siebie.

Nazwanie tego. Zobaczenie tego. To jedyny sposób, żeby zacząć żyć bardziej świadomie. System, który służył do nieustannego monitorowania, może w końcu zostać użyty do rozbrajania obron. Pojawia się ulga. Zrozumienie. Pogodzenie się z tym, że widzę patterny. Że jestem chaotyczny — ale w tym chaosie jest logika.

I po raz pierwszy w życiu… to jest po prostu OK.

niedziela, 11 stycznia 2026

Tytułem wstępu (2026 remaster)











Minelo iles tam lat i... nagle wiele z tego rozumiem. 
Wiem czemu pustynia. 
Wiem czemu ciary.
Wiem czemu gniew. 

Pisanie kiedyś pomagało zebrać myśli. Czułem dużo, ale nie wiedziałem dokładnie co. Błąkałem się po omacku. Próbowałem zrozumieć, czemu serce mówi jedno, a głowa drugie. Nazywałem rzeczy po swojemu — intuicyjnie, od środka.

Niedawno wróciłem do starych wpisów. Jest w nich ktoś, kto bardzo dużo czuł, ale niewiele rozumiał.
Dziś wiem, że mam ADHD.
Dziś wiem, czemu logika i szczerość są dla mnie egzystencjalne.
Rozumiem też, czemu dla niektórych jestem „za bardzo”. Prawdę mówiąc — cały ten blog taki był.

I właśnie dlatego do niego wracam.

Zbliżam się do tamtych chwil i widzę je z nowej perspektywy. Poznaję samego siebie. Po raz pierwszy widzę logiczny ciąg wydarzeń, myśli, decyzji. Nic nie było przypadkowe. Wszystko wynikało z tego, kim jestem.

I po raz pierwszy w życiu jestem z tym po prostu… OK.

Kiedyś napisałem, że nie wiem po co to piszę. Stare wpisy zostają takie, jakie są — bo są zapisem tego, kim byłem, i wyjaśniają, kim jestem. Dalej będę monologował, bo internet przez te wszystkie lata stał się tylko gorszy. Dalej będę pisał, co mi ślina na język przyniesie. Do muzyki dojdzie jeszcze jedna pasja: fotografia.

Jeśli starczy mi weny, teksty będą krążyć wokół obrazu, wokół soundtracku. Pisane jak zawsze — od wewnątrz. Tylko tak umiem.

To nie będzie blog o ADHD. Takich są setki.
Nie uciekam od tematu, ale nie mam zamiaru go wyciskać jak cytryny. Cztery literki nie zmieniają ani nie usprawiedliwiają tego, co czuję. A mam wrażenie, że wiele z tego jest po prostu… uniwersalne.
Poza tym — bądźmy szczerzy — jeśli już mają być cztery literki, to czy AC/DC nie brzmi lepiej? 😉

Dziś wiem, co mną targa.
Co mnie wkurwia.
Co mnie fascynuje.
Wiem czemu.

To ogromna różnica. To coś bardzo nowego.

Ale jeszcze bardziej niesamowite jest to, jak wiele się nie zmieniło. Jak blisko jestem w końcu samego siebie.

Więc… dalej do końca nie wiem po co piszę. I nie muszę już tego wiedzieć.
Pisanie pozwala mi zebrać myśli. W mojej głowie zawsze była chmura pomysłów, uczuć, idei — zapisywanie pozwala je na chwilę zatrzymać. Przyjrzeć się im niemal pod mikroskopem.

Mógłbym pisać do szuflady. Ale jest jeszcze coś: ekspresja. Muzyka zawsze była dla mnie ważna. W fotografii po raz pierwszy dałem sobie prawo do niedoskonałości — wcześniej była zagrożeniem. Pozwoliłem sobie na eksperymenty i z czasem stworzyłem styl, który naprawdę oddaje to, jak widzę świat.

Więc zapraszam na… reaktywację?
Remaster z nigdy niepublikowanymi nagraniami.

Obiecuję ciary.
Gniew? Inny. Dojrzalszy. Celniejszy.

I tyle.

KROPKA.


poniedziałek, 3 lipca 2017

Porcupine Tree- Arriving Somewhere


Arriving somewhere... but not here...

Czasem mam wrażenie, że mnie nie ma... Jakbym na wszystko patrzył z boku. Jak gdybym oglądał film, nie mogąc się zaangażować tak bardzo jak bym chciał. 2D. Utykam we własnej głowie...w myślach, niepokojach, lękach. Dokądś dążę, dokądś zmierzam, ale zazwyczaj okazuje się, że to nie tu...

Ponad 16 lat temu wyjechałem do UK, w czasach gdy jeszcze potrzebne były wizy (zaraz znowu będą...). Czasy dziwne, o których możnaby napisać książkę. Trzeba było walczyć, odnaleźć się; bez znajomych, bez rodziny, bez żadnej pomocy. Daliśmy radę. Mówię w liczbie mnogiej, bo było nas dwoje. Przetrwaliśmy. Potem bywało różnie. Mieliśmy plany i marzenia. Kilka pewnie wyszło, kilka innych umarło. Z Londynu przenieśliśmy się do Nottingham. Zalożyliśmy rodzinę, mamy dom.

Wydawałoby się że to standard. Ja mam wrażenie, że ten standard kosztował strasznie dużo. Przez ostatnie kilka lat pracowałem dużo i ciężko. Dokonywałem rzeczy o jakie siebie samego bym nie podejrzewał- np. jadąc na wielkie targi medyczne ledwie 2 tygodnie po śmierci ojca... uciekając po każdym spotkaniu do kibla żeby otrzeć łzy... W pracy postanowiłem czegoś dokonać, nie dla siebie czy dla pomników albo z nudów- ale dla rodziny. Chciałem w końcu trochę pewności, czegoś stałego. Ślepo brnąłem, nie słuchając sygnałów ostrzegawczych...

Arriving somewhere... but not here...

Uwierzyłem komuś, kto na zaufanie nie zasługiwał. Były czasem długie tygodnie, kiedy oglądałem jak moja córka rozwija się przez Skype'a. Obietnice, że będzie lepiej. Że wszystko w zasięgu ręki. Że przecież to ode mnie zależy. I tylko jakimś cudem niepokój się wzmagał, lęku było coraz więcej. Co dziwne- na zewnątrz wszystko się zgadzało. Byłem charyzmatycznym liderem. Ufali mi podwładni i współpracownicy. Z osobą która była bezpośrednio nade mną współpracowało mi się rewelacyjnie. W jakiś dziwny sposób lubiłem tę pracę. Wyjazdy, gdzie czasem była to karuzela lotnisk i pokoi hotelowych były jednak ciekawe. Jakby nie patrzeć- wyjechałem do Gruzji, na Kubę, do Nigerii, Nepalu, Chin czy do kilku krajów Ameryki Południowej. I tylko zawsze jak patrzyłem ile za takie wyrzeczenia się płaci, pojawiał się dysonans... coraz większy i większy...

Koniec końców obietnice okazały się gówno warte. Zostałem wyruchany z kilkudziestu miesięcy mojego życia. Mimo iż miałem za sobą tak klientów jak i współpracowników i podwładnych. Niektórzy dookoła nawet mi mówili, że... szło mi za dobrze? Przeszkadzało. Kilku osobom przeszkadzało. W starym, sobie znanym stylu pierdolnąłem drzwiami. Znowu. Nie pierwszy raz. Za każdym razem miałem nadzieję, że ostatni.

 Arriving somewhere... but not here...

Mój umysł utkwił w dziwnym miejscu pomiędzy "walcz" a "uciekaj". Ciągłe napięcie, ciągła gotowość do walki, która może ma sens kiedy żyje się na sawannie i dookoła są lwy. Żyję na zadupiu (Nottingham) ale nie aż takim. Lisy może i są, lwy nie bardzo. Brexity, hipoteki, debilni szefowie- to nie jest za cholerę warte tej energii, tego napięcia. A ja walczę. I uciekam. Równoczesnie.

I znajduję w sobie coraz to nowe pokłady odwagi. Pierdolnąłem drzwiami nie mając nic innego gotowego, tylko wiarę w siebie. Ba- pojechałem na urlop, bo był tani a stwierdziłem że i mnie i rodzinie się należy. I była to najlepsza decyzja ever- 9 dni na Teneryfie, mimo iż jedyny żywiciel rodziny jest bezrobotny. Lekkomyślny czy... może jednak coraz silniejszy?

Arriving somewhere... but not here...

Ostatnie tygodnie w starej pracy to był koszmar. Myślałem ze wariuję. Ktoś zabrał mi grunt spod nóg, psychicznie doprowadził do stanu, w którym byłem gotowy swoją własną psychikę kwestionować. Kręciło mi się w głowie, nie byłem się w stanie na niczym skupić. Zaczynałem po internecie szukać przyczyn, możliwych skutków. Wróciłem z Nigerii i Nepalu- może coś w wodzie? Może pasożyt? Może demencja w tak wczesnym wieku? Nie byłem w stanie zapamiętać prostej informacji. Potrafiłem zapomnieć, że z kimś rozmawiałem! Poszedłem do lekarza i po raz pierwszy w życiu przyznałem się, że nie daję rady. Że potrzebuję antydepresantów.

OK, pierwszych 7-8 tygodni to było piekło. Było jeszcze gorzej. W dodatku byłem na antybiotykach więc jak się efekty uboczne połączyły to... potrafiłem spać do 17-tej. Powaliło mnie. Coś kazało mi jednak z tym iść dalej; czytałem o podobnych doświadczeniach innych i wytrwale zaciskając zęby- łykałem kolejne tabletki. Ale w pewnym momencie coś się zaczęło zmieniać. Nagle rzeczy nie siedziały wszystkie na mnie. Pojawił się... dystans. Perspektywa. To chyba one pozwoliły mi dobrze bawić się na Teneryfie bez pracy. To perspektywa pozwoliła mi składac kolejne aplikacje o naprawdę ambitne prace. Na ostatniej rtozmowie kwalifikacyjnej aż złapałem się na tym, że... byłem zrelaksowany. Nie, to nie do końca tak. Był strach, nerwy czy tam trema, ale... była też pewność siebie. Nawet teraz, kiedy to stukam. Jest noc, jutro zaczynam pierwszy dzień w nowym miejscu i... denerwuję się od kilku dni. Ale gdzieś obok jest też przekonanie, że poradzę sobie. A jeśli sobie nie poradzę, to znowu coś wymyślę. Bo zawsze coś wymyśliłem. Bo po wtorku zawsze była środa, co by się nie stało.

Arriving somewhere... but not here...

I tylko chciałbym w końcu przestać walczyć. Z samym sobą. Usiąść i być. Cieszyć się momentem, wtedy kiedy jest. Córką, żoną. Domem. Przestać analizować, zastanawiać się, planować, przechodzić w głowie przez dziesiątki scenariuszy, z których żaden pewnie się nie wydarzy. Być. Dotrzeć w końcu do samego siebie. Dogonić siebie samego w czasoprzestrzeni i wreszcie zapomnieć się w życiu.

Reszta? Reszta to szum. Szum który absorbuje, z którym walczę i który całkiem możliwe istnieje tylko w mojej głowie. Oby mi starczyło czasu na przeskok z tego że wiem na to że umiem. Nie wiem skąd wzięły się hamulce, które sprawiają że nie potrafię się zapomnieć w życiu. Wiem, że tak dalej być nie może. Muszę w końcu dotrzeć TU I TERAZ.


piątek, 27 lutego 2015

Pink Floyd- Comfortably Numb



33 lata. Tyle trwała budowa. Mur taki, że Chińczycy mogą pozazdościć. A ile cegieł- co jedna to twardsza.

33 lata ciężkiej pracy. Wysiłku. Jak zamknąć oczy. Jak schować się za fasadą uśmiechów, pseudointelektualnych analiz, jak schować fakt że każde spojrzenie dookoła wywoływało ból i strach. Mur, stworzony kiedyś i pewnie kiedyś bardzo dawno potrzebny rósł dalej siłą rozpędu. Dostawianie cegieł było naturalnym odruchem, nawet dającym jakąś dziką satysfakcję. Satysfakcję, że schowam za tym parawanem swoje uczucia. Mur miał jakieś drzwi albo okno albo mnie tylko znaną dziurę- potrafiłem zza niego wyjść albo wyskoczyć na kilkanaście momentów, np będąc w górach albo gdzieś nad morzem na pustej plaży... pustynia była niezła... ale gdy tylko dookoła pojawiali się ludzie, spłoszony wracałem na miejsce. Chłodny, bezpieczny, ciemny azyl. W którym uśmiech nigdy nie spotykał się z pięścią, w którym wyciągnieta dłoń nigdy nie zostawała opluta.

33 lata ciężkiego budowania a w jeden dzień mur zrobił jebudu. Nie że zupełnie zniknął, cudów nie ma, walają się te cegły teraz dookoła i nadal jest za czym przycupnąć, ale... Jeden dzień sprawił, że nie było się po co więcej chować.Albo nie- powody nadal są i nie zniknęły. Świat dookoła jak był szalony tak jest. Okrutny i generalnie... parodia tego czym mógłby a nawet powinien być. Ale jeden dzień, jedno zdarzenie zmieniło wszystko. Urodziła mi się córka.

Zawsze lubiłem analizować. Zawsze swoje własne doznania chciałem poznać, zrozumieć skąd się pojawiły (przede wszystkim- rozpoznać że w ogóle są, nie zadowalając się filtrem jakichś mechanizmów obronnych), zastanowić się co znaczą. Często zakopywałem się w interpretacjach interpretacji, ale dążenie do maksymalnej możliwej samoświadomości było czymś ważnym. Chyba dzięki temu tym bardziej rozumiem albo rozpoznaję to co się stało. I to co się dzieje. Tak bardzo szukamy inspiracji w życiu, jak nie papieże to prezydenci, jak nie biznesmeni to muzycy- szukamy wzorów, czegoś co nas poruszy, co nas zainspiruje. Uświadomienie sobie, że istotka która miała kilka dni, tygodni, miesięcy potrafiła mnie bardziej zainspirować niż narzucane mi przez 33 lata "wzory" było czymś nieprawdopodobnie wyzwalającym...

Najbardziej inspirujące jest zobaczenie w takiej małej istotce... siebie. Zapomnianego siebie. Przypomnienie sobie, jak proste rzeczy potrafią zauroczyć, zafascynować. Przypomnienie sobie wrażeń, które dziś są niby codziennością a kiedyś były "pierwsze", nowe i wspaniałe. I muszę przyznać, że to spada na podatny grunt. Ja od dłuższego czasu czułem, że gonimy za jednym wielkim niczym. Robiąc sobie jakiś mały rachunek sumienia, uświadamiałem sobie, że gdyby mi przyszło dziś odejść i przed odejsciem wyrecytować najwspanialsze chwile z mojego życia- to nie dotyczyłyby one pracy, nie byłyby związane z nowym telewizorem, samochodem czy innym iSraczem.To byłyby te małe chwile, kiedy działa się magia- chwile na które często zamykamy oczy, skupiając się na tym czymś niby ważniejszym, większym... pieniądze, kariera, pozycja, społeczna aprobata... ileż czasu, energii i okazji marnujemy tylko z tego powodu, że zastanawiamy się (boimy się) czy dana rzecz nie spotka się z jakąś dezaprobatą?

Do dziś zdarza mi się chować za tą stertą leżących już cegieł. Ze strachu, trochę... nie znając innego sposobu na codzienność. Ten proces, ten mur, ten protokół powstał w konkretnym celu- żeby nie widzieć tego co złe. Mała istotka potrafiła mi niezwykle skutecznie pokazać jak wiele wspaniałych i cudownych rzeczy w ten sposób też przegapiłem, zamykając na nie oczy, uszy, duszę... Patrzenie dziś na jej ciekawość świata, na to że niczego nie udaje (nie potrafi!), na czystość i szczerość reakcji... jakże życie byłoby prostsze gdybyśmy dali sobie spokój ze wszelkimi pierdołami... kłócimy się o politykę, zabijamy o to po której stronie rzeki jest bardziej zajebiście albo wyzywamy się w imię miłości bliźniego- a... wszyscy jesteśmy kurwa tacy sami. Zaczynamy w ten sam sposób. Każdy z nas był tą małą istotką, tak samo ciekawą wszystkiego dookoła, tak samo zafascynowaną bodźcami. Tak samo śmiejącą się pełnym szczęściem z rzeczy które potem całe miliony debili wmówiło nam że są błahe i nie ważne. Każdemu nas do ręki nagle wręczono szpachlę i tylko rzucano po kolei cegły. Im bardziej byliśmy świadomi i rozumieliśmy co się dzieje dookoła- tym więcej.

33 lata machałem swoją szpachelką. Doszedłem do zajebistej wprawy w odgradzaniu się od krzywdy, niesprawiedliwości, bólu. Ktoś musiał mi przypomnieć, że jest dookołą coś jeszcze. I nawet jeśli to jest tylko dziecięca naiwność... nie wiem, ja tęsknię. Ja mam dość ludzi wmawiających mi że są rzeczy ważniejsze. Że mam za czymś gonić, coś zdobywać, coś mieć i coś udowadniać. Zresztą, kto wie, tych ludzi może już wcale dookoła nie być- po jakimś czasie ich głos stał się moim głosem. Ale chyba nigdy do końca, chyba zawsze była wątpliwość. Ładunek dynamitu pod murem cały czas leżał i potrzebna była... mała iskierka.

Wygodne, przyjemne odrętwienie... stan zaskakująco atrakcyjny. Tylko nikt nigdy nie uświadamia, jak cholernie wysoka jest jego cena. Nikt prawie go nie kwestionuje. Zamykamy oczy i podobno żyjemy. Prawdziwe życie zostawiając tylko dzieciom, traktując ich przeżycia zresztą z przymrużeniem oka. Kiedyś dorosną i zrozumieją. Od półtora roku zastanawiam sie kto tu od kogo powinien się uczyć i kto tu ma najwięcej do zrozumienia...

poniedziałek, 27 maja 2013

Opeth- Porcelain Heart

Trudno mnie nazwać fanem metalu. Nie znoszę na przykład growlu. To już mnie skreśla. Generalnie wychodzę z założenia, ze coś co ma brzmieć niby brutalnie i groźnie- brzmi groteskowo śmiesznie. Więc metal ze mnie taki jak z Cichopek aktorka. W dodatku wszelkie podziały jakie istnieją w metalowym światku też raczej wzbudzają u mnie uśmiech politowania niż cokolwiek innego... a jednak jest coś, co mnie do metalu strasznie, ale to strasznie przyciąga. Masakrycznie wybiórczo- ale z siłą jakiej właściwie chyba nie ma żadna inna muzyka... Potencjał, by opowiedzieć coś, czego opowiedzieć nie chce nikt inny. Potencjał, by uderzyć z niesamowitą siłą w naprawdę piekne nuty i wbić je w serce tak mocno, że mocniej się nie da. Potencjał bardzo nieczęsto wykorzystywany- ale te momenty kiedy to się udaje, kiedy po plecach maszeruje stado stonóg są nieprawdopodobnie "moje". Czuję taką muzykę, kiedy już się zdarza- całym sobą.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Metallica- Suicide & Redemption

Żeby było wszystko jasne- Metallica skończyła się na Kill'em All. To oczywiście w niczym nie przeszkodziło im nagrać lepszych piosenek i płyt- ale wtedy właśnie się skończyli. Metallica w ogóle kończyła się kilka razy- Kill'em All,  potem nagrali balladę i świat się skończył; potem zginął Cliff, potem nakręcili teledysk i znowu świat się skończył. Kolejna płyta odniosła sukces komeryjny a przed nagraniem następnej panowie ścięli włosy. Normalnie zero szacunku dla porządku tego swiata, brak jakiejkolwiek elementarnej odpowiedzialności. Potem nagrali covery, potem nagrali coś w garażu uderzając patykiem w kaloryfer po tym jak wywalili z zespołu jednego gościa który chciał nagrywać thrash żeby zaraz później po zatrudnieniu nowego basisty wrócić do... thrashu właśnie. Generalnie rzecz biorąc czysta złośliwość dla wszystkich dookoła.

czwartek, 18 kwietnia 2013

Pink Floyd- Dogs


Animals Floydów to chyba moja ulubiona płyta zespołu. Absolutnie rewelacyjne utwory, jesli weźmiemy je każdy z osobna, ale jeszcze lepiej jeśli weźmiemy je razem- zwięzła, konkretna całość. Wszystko poukładane od A do Z. Ideał  tego czym powinien być "album". Muzyka, teksty, tematyka. Do tego w porównaniu do gigantów mimo wszystko zignorowana przez mainstream, co tylko utwierdza fana w dobrze dokonanym wyborze, którego nie mógł dokonać nikt przypadkowy. Jest jeszcze jedna rzecz która sprawia, że płyta "Animals" zawse miała i mieć będzie w moim sercu wyjątkowe miejsce. Okładka.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Robert Plant- Song to the Siren


Robert Plant, niegdyś głos Led Zeppelin dziś jest niczym wino. Im starszy tym lepszy. Nie daje rady oczywiście wrzasnąć niektórych nut które kiedyś potrafił z łatwością "trafić", to już nie te lata. Ale cały bagaż doświadczeń muzycznych potrafi wykorzystać w 100%. Frazowanie, interpretacja... Facet wie kiedy odpuścić, kiedy mocniej coś głosem zaakcentować, kiedy wystarczy sama barwa, kiedy głos złamać... Nie ma najmniejszej potrzeby popisywania się, wie dokładnie co i jak chce osiągnąć- i właśnie to wyśpiewywuje, jak mało kto już dziś. Led Zeppelin to czasy kiedy Plant miał 20-30 lat. Czasy szalone, czasy minione. 20-30 lat później mamy do czynienia z innym człowiekiem a tym samym- innym muzykiem. Nie dziwi mnie więc jego częsta ostrożność co do wszelkich prób reaktywowania zespołu sprzed lat. Starszy Robert Plant dziś jest po prostu sobą- ponad 60-letnim mężczyzną, z fantastycznym bagażem doświadczeń i boskim głosem. Który być może ma dziś do powiedzenia więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

niedziela, 24 marca 2013

Camel- Stationery Traveller



Andy Latimer. Gitarzysta niesamowity. Mówi się, że jego gitara jak żadna inna- potrafi płakać. Możnaby wybrać kilka utworów na poparcie tej tezy- ale chyba żadnego który by ją uczynił tak oczywistą. Tytułowy utwór 10-go studyjnego albumu zespołu Camel to instrumentalna podróż przez desperację i tęsknotę. Rzecz tak nieziemsko piękna że te słynne ciary z rąk i pleców przechodzą praktycznie na całe ciało i zachaczają gdzieś po drodze o serce. Jeśli ktoś zna piękniejsze brzmienie gitary- słucham. Ja, po przesłuchaniu bez mała kilku tysięcy przeróżnych płyt takowego nie znam. Jest patos- ale to jest subtelny patos. Jeśli takie połączenie jest w ogóle możliwe- to Latimer tego dokonał.

Tyle osób nie miało nic lepszego do roboty